Jeszcze kilkanaście miesięcy temu w studiach telewizyjnych i na portalach finansowych dominowała jedna narracja: rosnące pensje zniszczą gospodarkę. Strach przed spiralą płacowo-cenową powracał w niemal każdym komentarzu analitycznym, tworząc presję na ograniczanie żądań płacowych. Dziś, gdy opadł wojenny i popandemiczny kurz, twarde dane makroekonomiczne pokazują zupełnie inny obraz. Jako redaktor obserwujący parkiety od lat, widzę wyraźnie, że mechanizm, którym straszono nas z podręczników, przestał działać w swojej klasycznej formie. Wzrost wynagrodzeń stał się zjawiskiem obronnym, a prawdziwym paliwem dla drożyzny okazały się procesy, o których w głównym nurcie mówiło się znacznie ciszej.

Błędne koło i zaginiony bezpiecznik wydajności

Klasyczny model spirali opiera się na prostym, nieskończonym sprzężeniu zwrotnym. Gospodarka obrywa zewnętrznym szokiem – na przykład drastycznym wzrostem cen surowców. Koszty firm rosną, cenniki idą w górę, a siła nabywcza pieniądza maleje. Pracownicy, ratując domowe budżety, wymuszają podwyżki. Zwiększony fundusz płac znów podnosi koszty pracodawców, co prowokuje kolejną rundę podwyżek na półkach sklepowych. W rozwiniętym stadium tego kryzysu podmioty zaczynają działać antycypacyjnie, uwzględniając przyszłą inflację w dzisiejszych kontraktach.

W tej sterylnej układance regularnie pomija się jednak absolutnie kluczowy bufor, jakim jest wydajność pracy. Relacja płac do inflacji nigdy nie jest bezpośrednia. Prawdziwą miarą obciążeń są Jednostkowe Koszty Pracy (ULC). Jeżeli nominalnemu wzrostowi wynagrodzeń – powiedzmy o 15% – towarzyszy analogiczny skok produktywności wynikający z lepszej technologii czy optymalizacji procesów, koszt wytworzenia pojedynczego produktu pozostaje stabilny. W takim scenariuszu przedsiębiorstwo nie ma fundamentalnych powodów do podnoszenia cen detalicznych.

Dlaczego wciąż pamiętamy lata 70. i transformacyjny "popiwek"?

Lęk decydentów przed utratą kontroli nad cenami ma głębokie i w pełni uzasadnione korzenie historyczne. Amerykańska gospodarka lat 70. dosłownie spaliła się w pożarze stagflacji. Ówczesne podwyżki rzędu 7-9% rocznie w ogóle nie przekładały się na bogacenie się klasy średniej. Próby ugaszenia tego pożaru radykalnymi metodami, takimi jak państwowe zamrożenie płac i cen przez administrację Nixona w 1971 roku, przyniosły jedynie iluzję stabilności. Po zdjęciu blokad rynki eksplodowały ze zdwojoną siłą.

Na polskim parkiecie rany są jeszcze świeższe. Transformacja ustrojowa przełomu lat 80. i 90. oznaczała zderzenie z hiperinflacją sięgającą monstrualnych 684,7%. Starsi inwestorzy i przedsiębiorcy doskonale pamiętają "popiwek" – drakoński podatek karny od ponadnormatywnych wynagrodzeń. Było to narzędzie niezwykle brutalne, pełniące funkcję niemal karną, ale w tamtym czasie jedyne, które ucięło finansowe paliwo dla potężnych roszczeń związkowych w niewydolnych przedsiębiorstwach państwowych. Te traumatyczne doświadczenia skutecznie zaprogramowały ostrożność całego pokolenia ekonomistów.

Faza doganiania: co naprawdę wydarzyło się po pandemii

Najnowsze badania empiryczne poddają w wątpliwość przydatność tamtych historycznych matryc do oceny dzisiejszych realiów. Z gigantycznej analizy przeprowadzonej przez ekspertów Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW), badającej 79 historycznych szoków inflacyjnych na przestrzeni dekad, płynie jednoznaczny wniosek. Materializacja trwałej, wybuchowej spirali płacowo-cenowej to statystyczna rzadkość.

To, co obserwowaliśmy na rynkach w latach 2021-2024, posiadało zupełnie inną architekturę. Przyspieszenie dynamiki płac nominalnych po doznanym szoku nie było początkiem nowej spirali, lecz przejawem fazy "doganiania" (catch-up). Pracownicy zasypywali realną wyrwę w sile nabywczej. Historycznie zjawiska o takiej strukturze niemal zawsze kończą się wygaszeniem. Pozwalają rynkowi pracy na zamknięcie strat bez wprowadzania gospodarki w stan permanentnego odkotwiczenia oczekiwań.

Greedflation i asymetria sił na rynku

Główny wektor presji cenowej przeniósł się na górne piętra gospodarki. Sprawozdania Europejskiego Banku Centralnego z początku 2023 roku oficjalnie ugruntowały w akademickim dyskursie zjawisko "greedflation" (inflacji napędzanej zyskami, tzw. profit-led inflation). Zdezorganizowane łańcuchy dostaw, braki półprzewodników i skoki cen nośników energii stały się dla wielu podmiotów o ugruntowanej pozycji doskonałą zasłoną dymną.

Mechanika tego zjawiska była chłodno kalkulowana. Wielcy gracze wykorzystali zewnętrzny chaos, aby wywindować ceny na poziomy drastycznie przekraczające te, których wymagałoby proste wyrównanie nowych kosztów operacyjnych. W efekcie to pęczniejące marże jednostkowe, a nie koszty pracy, stały się dominującym klinem napędzającym drożyznę. Należy przy tym zauważyć zróżnicowanie sektorowe. Badania EBC pokazują, że o ile w usługach współczynnik przenoszenia kosztów na klienta (pass-through) sięga blisko 100%, o tyle w sektorze przemysłowym, duszonym przez globalną konkurencję importową, rzadko przekracza 40%.

Chomikowanie pracy a polska droga przez dezinflację

Na globalnym tle polski rynek rysuje się jako przypadek silnie obciążony uwarunkowaniami strukturalnymi. Nadchodzące spowolnienie gospodarcze nie wywołało u nas fali zwolnień, która klasycznie ostudziłaby roszczenia płacowe. Polskie zarządy, straumatyzowane brakami kadrowymi z okresu pandemii i świadome nieubłaganych trendów demograficznych, stosują taktykę "chomikowania pracy" (labor hoarding).

Przedsiębiorstwa za wszelką cenę utrzymują zatrudnienie, ignorując słabnący popyt eksportowy. Kiedy zestawimy to z dwucyfrowymi, administracyjnymi waloryzacjami płacy minimalnej, otrzymujemy potężny wzrost jednostkowych kosztów pracy, którego anemiczna wydajność nie jest w stanie zbuforować. W 2022 roku potężny wystrzał inflacji brutalnie wyprzedził dynamikę zarobków, drenażując portfele obywateli. Dzisiejsza presja płacowa nad Wisłą ma więc charakter ewidentnie reparacyjny, choć lepkość kosztów utrzymywania pełnego zatrudnienia spowalnia ostateczny powrót do celu inflacyjnego NBP.

Podsumowanie i konkluzje rynkowe

Współczesna makroekonomia wymaga odrzucenia czarno-białych klisz sprzed dekad. Rosnące wynagrodzenia, często piętnowane jako główne źródło rynkowego zła, stanowią dziś zazwyczaj naturalny proces odzyskiwania równowagi po globalnych wstrząsach. Z inwestycyjnego i analitycznego punktu widzenia, uwaga powinna być obecnie skupiona na zupełnie innych fundamentach: na zdolności wielkich przedsiębiorstw do obrony wygórowanych marż oraz na faktycznej dynamice wydajności pracy. Walka z drożyzną wyłącznie poprzez sztuczne mrożenie płac to leczenie objawowe. Realną barierą dla procesów inflacyjnych we współczesnym cyklu pozostają automatyzacja, innowacje i stymulowanie podaży, które jako jedyne są w stanie zrównoważyć apetyty największych rynkowych graczy.